BWA Warszawa
BWA Warszawa
Martyna Czech, Leszek Knaflewski "Nic nas nie łączy"
25.05.2019 - 30.06.2019
FOAF 2019: BWA Warszawa hosting Gianni Manhattan (Vienna) + Kristina Kite (LA)
06.04.2019 - 11.05.2019
Witek Orski "Wolałbym o tym nie mówić"
14.02.2019 - 30.03.2019
Między Zbawieniem a Konstytucją
11.11.2018 - 05.01.2019
WGW 2018: Agnieszka Brzeżańska, Jan Dobkowski, Zuza Krajewska "Boginie"
21.09.2018 - 27.10.2018
Jadwiga Sawicka "Odruchy protestu"
23.06.2018 - 31.07.2018
Ewa Ciepielewska "Zwierzęta wsparcia emocjonalnego"
12.05.2018 - 16.06.2018
FOAF: Jiří Thýn, Piotr Makowski, Witek Orski, "Linia"
07.04.2018 - 28.04.2018
Adam Adach "Demos i demony"
03.03.2018 - 04.04.2018
Agnieszka Kalinowska "Ciężka woda"
27.01.2018 - 28.02.2018
WGW 2017: Yann Gerstberger, Sławomir Pawszak, Hanna Rechowicz "Cudowne i pożyteczne"
22.09.2017 - 25.11.2017
WGW2017: WYKWITEX
22.09.2017 - 24.09.2017
"Living in a Material World" Paweł Dudziak, Adrian Kolerski, Michał Sroka, Eliasz Styrna, Katarzyna Szymkiewicz
02.09.2017 - 16.09.2017
Małgorzata Szymankiewicz "Rozciąganie pojęć"
27.05.2017 - 29.07.2017
Ruben Montini "One Person Protest"
27.05.2017 - 27.05.2017
Wielka 19
04.03.2017 - 06.05.2017
DYNAMIKA POGORSZEŃ
28.01.2017 - 25.02.2017
Witek Orski & Maria Toboła "Wirujący seks"
17.12.2016 - 14.01.2017
WGW 2016: Karol Radziszewski "Ali"
23.09.2016 - 19.11.2016
Małe formy rzeźbiarskie
19.06.2016 - 10.09.2016
Sławomir Pawszak "Gorąc"
12.03.2016 - 28.05.2016
Krzysztof Maniak "Przypomina mi się śnieg"
06.02.2016 - 05.03.2016
Lada Nakonechna, Zhanna Kadyrova "Eksperymenty"
05.12.2015 - 30.01.2016
WGW 2015: Ewa Axelrad "Minimalne, Konieczne, Obiektywnie Umiarkowane"
25.09.2015 - 21.11.2015
Małgorzata Szymankiewicz "Postprodukcja"
26.06.2015 - 12.09.2015
Joanna Janiak, Piotr C. Kowalski "Z natury rzeczy"
25.04.2015 - 13.06.2015
Iza Tarasewicz "Logistyka odzysku"
14.02.2015 - 19.04.2015
Karol Radziszewski "W cieniu płomienia" BWA Warszawa
29.11.2014 - 04.02.2015
WGW: Olga Mokrzycka-Grospierre, Nicolas Grospierre "Szkiełko w oku"
26.09.2014 - 22.11.2014
Jadwiga Sawicka "Fragmenty opowiadania"
24.05.2014 - 24.07.2014
Jakub Woynarowski "Saturnia Regna"
15.03.2014 - 17.05.2014
Sławomir Pawszak „Cannabis, whisky, ananas”
11.01.2014 - 08.03.2014
The Gardens. Laura Kaminskaite, Augustas Serapinas
23.11.2013 - 19.12.2013
Agnieszka Kalinowska "Ściana wschodnia"
27.09.2013 - 16.11.2013
Zuza Krajewska "Przesilenie"
29.06.2013 - 14.09.2013
WITHERED, Galeria Kisterem, Budapeszt
21.06.2013 - 15.08.2013
LITTLE WARSAW "Enter"
25.04.2013 - 21.06.2013
"Warszawa. Nazajutrz...." Galeria Vartai, Wilno
11.04.2013 - 11.05.2013
Samoorganizacja, część 2: New Roman
23.03.2013 - 20.04.2013
Ewa Axelrad "Warm Leatherette"
26.01.2013 - 20.03.2013
Samoorganizacja, część 1: Pewność
05.01.2013 - 19.01.2013
Ziemilski / Marriott / Koniec świata
21.12.2012 - 21.12.2012
Kama Sokolnicka "Zardzewiałe elementy naszego ogrodu"
28.09.2012 - 30.11.2012
"ALPHAVILLE" Griffin Artspace, Warszawa
28.09.2012 - 30.12.2012
Krystian TRUTH Czaplicki "The Changeling"
21.07.2012 - 09.08.2012
Adam Adach "Reprezentacja"
21.04.2012 - 07.07.2012
Małgorzata Szymankiewicz, Przemek Dzienis "Sub pop"
25.02.2012 - 14.04.2012
Nicolas Grospierre "Bank"
03.12.2011 - 11.02.2012
Tribute To Fangor
05.11.2011 - 20.11.2011
"Nowy porządek", Art Stations, Poznań
29.09.2011 - 09.02.2012
Wojtek Ziemilski "Nowy porządek" performance
23.09.2011 - 24.09.2011
Agnieszka Kalinowska „Wygasłe neony”
10.09.2011 - 30.10.2011
Jarosław Fliciński "Tego nikt do końca nie wie"
25.06.2011 - 28.08.2011
OTWARCIE "Plądrujemy ruiny rzeczywistości"
07.05.2011 - 11.06.2011

artyści
wystawyBWA Warszawa
wydarzenia
Targi
o nas

english version
Karol Radziszewski "W cieniu płomienia"
Marcin Różyc "Karol Radziszewski: Uniwersalny człowiek-artysta to wciąż heteroseksualny mężczyzna"
Gazeta Wyborcza

weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,17107419,Karol_Radziszewski__Uniwersalny_czlowiek_artysta_to.html#TRwknd

Jeden z najciekawszych polskich artystów. Jego prace wywołują głośne, często zbyt głośne, dyskusje. Film "Książę", osnuty wokół fragmentów życia Ryszarda Cieślaka i Jerzego Grotowskiego, podpalił środowisko teatralne, a konserwatywni strażnicy historii nazwali Karola Radziszewskiego "komunistycznym, genderowym ideologiem".

„Księcia” zobaczyć można w CSW „Znaki Czasu” w Toruniu, gdzie do 25 stycznia trwa największa wystawa w karierze artysty „The Prince and Queens. Ciało jako archiwum”. Wystawę Radziszewskiego otwarto również w BWA Warszawa.

Jego najnowsze projekty krążą przede wszystkim wokół archiwów i wspomnień - Radziszewski pisze na nowo historię.

Tworzysz nową polską sztukę historyczną, zupełnie jak kiedyś Jan Matejko.

- To piękny przykład, zresztą w trakcie studiów pisałem pracę o Matejce. Jan Matejko był takim XIX-wiecznym Stephenem Spielbergiem. Malował widowiska, których narracja była wręcz hollywoodzka. Współcześni mu oskarżali go, że zakłamuje historię i przedstawia postaci, które nie mogły być w tym konkretnym miejscu i czasie.

Moje projekty mówią o tym, że historia, w tym historia sztuki, jest jak literatura, wciąż się pisze. Nie ma historii obiektywnej. Jan Długosz też pisał w jakimś kontekście i z jakiejś perspektywy, na przykład tej determinowanej płcią. Danuta Wałęsa swoimi wspomnieniami zwróciła uwagę na zupełnie nowy aspekt historii „Solidarności". Napisała ją z perspektywy kobiety, matki i żony bohatera.

Mnie interesują przede wszystkim alternatywne narracje. Nie te oficjalne i zideologizowane. Moje powtórzenia przestawiają marginesy do centrum.

Ale jedną z bohaterek twoich prac jest Natalia Lach-Lachowicz, gwiazda polskiej sztuki lat 70., 80. Trudno o niej powiedzieć, że jest na marginesie.

- Natalia tak naprawdę dopiero niedawno powróciła jako gwiazda. Kiedy zaczęto mówić o niej jako o prekursorce sztuki konsumpcyjnej i feministycznej, ja sięgnąłem po wątek spirytualny i powtórzyłem w Toruniu zapomniany trochę performance „Śnienie”, który polegał na tym, że artystka spała przez wiele godzin w galerii, również podczas wernisażu. W trakcie remake'u, który odbył się w Toruniu, byłem dokładnie tak samo ubrany jak Natalia pod koniec lat 70., miałem na sobie wianek i białą suknię. Podczas wernisażu spałem w takiej samej jak Natalia kapsule.

Cała wystawa w CSW krąży wokół powtórzeń. Czemu one służą?

- To są tylko pozorne powtórzenia. Facet z brodą, w wianku i sukience wygląda bardziej jak Conchita Wurst niż Natalia LL. Płeć i kontekst zupełnie zmieniają optykę. To inna praca stworzona według tego samego scenariusza. Powtórzenie czyni różnicę.

Skąd u ciebie fascynacja archiwami?

- „Kisieland” - pierwszy projekt, dla którego punktem wyjścia było archiwum, to wynik spotkania z Ryszardem Kisielem. Kisiel był założycielem „Filo”, prawdopodobnie pierwszego w Europie Środkowowschodniej zina gejowskiego, i autorem serii zdjęć z lat 1985-86, które były reakcją na akcję „Hiacynt".

Prowadzona w latach 1985-1987 przez Milicję Obywatelską akcja „Hiacynt" wymierzona była w homoseksualistów. W odpowiedzi na rozkaz Kiszczaka homoseksualistom zakładano teczki, pobierano odciski palców, szantażowano ich i szykanowano. Sceny gejowskich zabaw fotografowane przez Kisiela to wynik tego, że homoseksualiści nie mieli już wtedy nic do stracenia? I tak byli inwigilowani przez brutalną władzę, więc przestali się jej bać?

- Właściwie tylko Ryszard Kisiel, pracownik drukarni z Gdańska, stworzył swój własny wolny świat w brutalnym PRL-u. Zdjęcia były pewnym odreagowaniem, przedstawiają erotyczne gejowskie zabawy, przebieranki. Jest na nich to, co pojawiało się w tym samym czasie na Zachodzie. W magazynie „Filo” pojawiają się też pierwsze wzmianki o epidemii AIDS, która była pretekstem dla akcji „Hiacynt".

Odkrycie magazynu „Filo” spowodowało, że „Dik Fagazine" ma nie tylko zachodnie punkty odniesienia.

- Historia polskiej prasy gejowskiej sięga lat 80. „Filo” był lokalną alternatywą, a mnie bardzo interesuje lokalność. „Filo” miało swój własny język. Zamiast słowa gej, używano w nim określeń specyficznych, takich jak ciota czy koleżanka. Homoseksualiści w latach 80. mieli swój język i nie używali jeszcze kalek z Zachodu. Język nie był skolonizowany.

Badam też historię lat 90. W Polsce działało wtedy aż siedem magazynów gejowskich. Każdy z nich, nawet jeśli kopiował to, co robiono na Zachodzie, wyróżniał się polską specyfiką. W pismach były na przykład krzyżówki, horoskopy czy porady wróżki. To nie była tylko podróbka Ameryki.

W twoich pracach widoczne jest też zamiłowanie do gwiazdorstwa. Nawet jeśli pokazujesz słabości swoich bohaterów, to oni i tak są w końcu wywyższeni. Gdyby w latach 90. do magazynu „Bravo” dołączano plakaty z Natalią LL, to pewnie powiesiłbyś go sobie nad łóżkiem?

- Jak byłem nastolatkiem, to jarałem się Ryszardem Cieślakiem i bardzo chętnie bym sobie wtedy powiesił plakat z „Księcia niezłomnego”.

Natalię LL konfrontujesz z nowojorskim gwiazdami sztuki, Grotowskiego zestawiasz z Warholem, dlaczego? Nie wystarczy ci polski Cieślak, Teatr Laboratorium i Galeria Foksal?

- Dla mnie odnośnikiem nie jest Kantor czy Stażewski. Nowy Jork Andy'ego Warhola jest mi zdecydowanie bliższy.

Czy to nie jest jakiś polski kompleks?

- Nie. Na mój wizualny mikrokosmos nakłada się na pewno sentyment za pierwszym konsumpcjonizmem, za czasami, w których radochą były gumy Donaldy i pierwszy McDonald's, za transformacją. Bardzo ważne jest dla mnie to, skąd się wywodzę. Ludzie urodzeni w latach 90. mają już zupełnie inne podejście, dla nich, z reguły, najważniejsze jest tu i teraz. Ja tak nie potrafię. Jestem zanurzony w przeszłości.

Ale ten nasz pierwszy artystyczny pop jest troszeczkę pokancerowany, podobnie zresztą jak późniejsza transformacja.

- Sztuka konsumpcyjna za Gierka była niemożliwa. Banan, którego modelki Natalii LL konsumują w „Sztuce konsumpcyjnej” (najsłynniejsza praca Natalii LL - przyp. aut.), był zielony. Miał być pop-artem, a powstała sztuka krytyczna. Pop nigdy w Polsce nie wychodzi.

Wystawa „Pedały”, którą zrobiliśmy razem w 2005 roku, też mogła być wybuchem popu, radości, koloru, a została odebrana jako pierwsza otwarcie gejowska ekspozycja w Polsce. Odbierana była jako wystawa krytyczna, dotycząca spraw LGBT. Krytycyzm i powaga nakładają się w Polsce na wszystko. Tak samo jest z Natalią czy Cieślakiem. Ryszard Cieślak jest na świecie bardziej znany niż Krystyna Janda. Jest ikoną. Jest w każdej książce o teatrze, ale polska popkultura go w ogóle nie skonsumowała.

Z drugiej strony polski pokaleczony kontekst jest szalenie inspirujący. Bardzo trudno byłoby mi zrobić ciekawą wystawę z wątkami warholowskimi w Nowym Jorku.

Często skarżysz się na to, że przypięto ci łatkę artysty gejowskiego. W czym ci ona właściwie przeszkadza?

- Każda etykietka redukuje artystę i to, co ma do powiedzenia, zubaża interpretacje. Uniwersalny człowiek-artysta to wciąż przede wszystkim heteroseksualny mężczyzna. Kobieta czy gej nadal są oceniani w kontekście seksualności i płci. Gejowski kontekst, nawet jeśli nie jest w pracy najważniejszy, to i tak zwykle ląduje na pierwszym planie. Po premierze „Księcia” mówiono, że zrobiłem z Cieślaka pedała, a nie, że zmierzyłem się z jakimś mitem, z historią, że naświetliłem marginesy, przeanalizowałem wątek cielesny. Okazało się, że wspomnienie o homoseksualizmie Grotowskiego czy analiza męskiej nagości jest opluwaniem, niszczeniem i gwałceniem wielkiego artysty. Obraźliwa gejowska etykietka przysłoniła sens „Księcia”.

„Księcia” obejrzałem dopiero cztery miesiące po premierze i do ostatniej minuty filmu byłem przekonany, że Grotowski i Cieślak mieli ze sobą romans, a „Książę” to zaraz ujawni. To co działo się wokół filmu, dyskusje, które toczono na spotkaniach z tobą, skupiały się na gejowskim kontekście. Muszę przyznać, że byłem zdziwiony, kiedy na końcu „Księcia” dowiedziałem się, że Grotowski i Cieślak ze sobą nie spali, że Grotowski prawdopodobnie nie spał z nikim. Awantura wokół filmu sprawiła, że skupiłem się na ich życiu łóżkowym. Twoi oponenci wypromowali to, czego najbardziej nie chcieli ujawnić - wulgarność, której w dodatku w filmie nie było.

- U Grotowskiego doszło do sublimacji seksu. Swoje preferencje realizował podczas pracy. Jedna z krytyczek teatralnych sugerowała wprost, że Cieślak i Grotowski mieli romans, nas to jednak nie przekonywało. Razem z Dorotą Sajewską, scenarzystką „Księcia”, skupiliśmy się właśnie na seksualnej sublimacji Grotowskiego, która realizowała się podczas artystycznej pracy z Cieślakiem. Cieślak ulega Grotowskiemu, ale tylko na scenie. Ma mnóstwo kochanek, a jedną z nich jest bohaterka „Księcia” - Teresa Nawrot, która kochała Cieślaka miłością nieodwzajemnioną, lecz była świadoma całej sytuacji. Skomplikowane, wieloznaczne relacje artystów były dla nas o wiele ciekawsze.

Po premierze filmu podczas festiwalu Nowe Horyzonty część wrocławskiego środowiska teatralnego, świadkowie epoki zgromadzeni kiedyś wokół Grotowskiego, a dziś także wokół Instytutu im. Jerzego Grotowskiego, brutalnie zaatakowali twój film. Co wzbudziło ich agresję?

- To, że nie można ujawniać pewnych wątków z biografii reżysera. Ważne są tylko spektakle. Życie seksualne twórcy jest nieistotne. Zarzucano mi, że „Książę” jest jednostronny, bo dominuje w nim relacja Teresy Nawrot, która właściwie nie ma nic do powiedzenia, bo pracowała w teatrze Grotowskiego krótko i przede wszystkim podawała tam herbatę. Że Cieślak przedstawiony jest jako pijak i homoseksualista, a nie jak wielki aktor...

Przecież przedstawiasz go właśnie jako wielkiego aktora

- Zarzucono mi, że „Książę” to zideologizowany, interwencyjny dokument mający zbrukać pamięć po Grotowskim i zhańbić Cieślaka. Zarzucano mi, że pogwałciłem dobre imię jego żony i córki. Stwierdzono, że nie znam sztuki Grotowskiego, a moi aktorzy nie osiągnęli tzw. aktu całkowitego (przekroczenie wymiaru doczesnego - przyp. aut.).

Co powoduje niezrozumienie?

- Nie wszyscy odbiorcy rozumieją, że nasz film nie jest obiektywnym dokumentem. To opowieść o manipulacji, powtórzeniu, interpretacji archiwów, które nie są neutralne. Wspomnienie o problemach alkoholowych Cieślaka i homoseksualizmie Grotowskiego przyćmiło wszystko. Według nich burzę mit wielkiego artysty.

No ale przecież w popkulturze mit artysty tworzą również życie seksualne i używki.

- Cieślak i Grotowski nie są w Polsce odbierani jako bohaterowie popkultury. Pewien Amerykanin po obejrzeniu „Księcia” powiedział o Cieślaku: O mój Boże! On był jak Mick Jagger. Cieślak był barwną postacią, podróżował po świecie, imprezował. Chłopak z Kalisza stał się jednym z najsłynniejszych aktorów na świecie.

Ignorowanie nowych kontekstów powoduje, że Grotowski i Cieślak są wypychani z pamięci. Stają się artystami ze skansenu tworzonego przez konserwatywnych badaczy.

- Ich pycha niszczy Grotowskiego i Cieślaka. Niektórzy świadkowie epoki boją się, że mój film będzie traktowany jako ten jedyny prawdziwy, bo przecież historia i perspektywa jest tylko jedna. Boją się, że zawłaszczę młode dusze (śmiech). Niektórzy dostali szału dlatego, że film pokazywany był na głośnym, prestiżowym festiwalu Nowe Horyzonty, byli przerażeni, że film może pokazać kiedyś telewizja.

To dziwne, że robią to ludzie, którzy pamiętają komunizm, a może nawet nazizm. Zbrodnicze systemy, które tworzyły jedną prawdę i niepodważalne mity.

- Według nich to ja jestem komunistycznym, genderowym ideologiem, który usiłuje napisać jedyną właściwą, bolszewicką prawdę o Grotowskim. I to za publiczne pieniądze, co jest oczywiście kolejnym absurdem, bo film sfinansowałem sam, przy częściowym wsparciu Komuny/Warszawa.

Czy przedstawienia Grotowskiego były erotyczne?

- To jest jedna z wielu perspektyw, poprzez które można na te spektakle patrzeć. To jest również jeden z kilku wątków, które poruszam w filmie. Ostatni monolog z „Księcia Niezłomnego”, kiedy torturowany Książę kona, oparty był na intymnym wspomnieniu Ryszarda Cieślaka. Aktor w pracy nad rolą przywołał swoją pierwszą relację erotyczną i połączył cierpienie z ekstazą, odwołując się do pamięci ciała.

Na wystawie „W cieniu płomienia” w BWA Warszawa zestawiam książki i zdjęcia z Factory Warhola z fotografiami ze spektakli Grotowskiego. Na jednym z nich widzimy reżysera w ciemnych okularach stojącego przy reflektorze, na innym wygina się prawie nagi, umięśniony Cieślak. Kadry wyglądają, jakby wycięto je z filmów Andy'ego Warhola, chociaż to całkowicie odległa rzeczywistość.

Wątek cielesny poruszył również performance „Próba”, który odbył się podczas toruńskiego wernisażu.

- „Próba” nawiązywała do ćwiczeń Grotowskiego. Niektóre jego spektakle nie było dostępne dla publiczności, pozostawały na etapie prób. Sztuka działa się między reżyserem i aktorami, była intymna. Bardzo ważnym jej elementem było doskonalenie ciała. Role wymagały dużej sprawności fizycznej, ćwiczenia były niekiedy karkołomne. Toruńska „Próba” wydobyła właśnie ten czysto fizyczny aspekt teatru Grotowskiego. Pięciu piłkarzy, aktor i tancerz, ubrani jedynie w czarne majtki, wykonywali na podestach scenicznych stretching. Zaczęli od pompek, a potem rozgrzewali kolejne partie ciała, stopniowo od nóg aż do głowy. W warstwie dźwiękowej towarzyszyły im archiwalne nagrania głosu Teresy Nawrot.

Powiedziałeś kiedyś, że cenisz Natalię LL m.in. za to, że jako jedna z niewielu polskich artystek miała afirmacyjne podejście do seksu.

- Jedna z prac pokazywanych w Toruniu tworzy napis „Natalia ist Sex" (to także tytuł pracy - przyp. aut.) złożony ze zdjęć, na których artystka uprawia seks ze swoim partnerem. Ta praca jest o radości i energii, która płynie z tego aktu. Podobnie jest u Kisiela. Bohaterowie jego zdjęć wchodzą w erotyczne zabawy. Takie podejście jest w polskiej sztuce nietypowe. Polacy są nie tylko homofobami, są też seksofobami. Natalia jest mistyczką, wiedźmą. Uważa, że seks jest jedną z sił witalnych, jest przemianą, energią.

Wystawy w toruńskim CSW wyróżnia odwaga. Aktualna ekspozycja jest raczej delikatna, ale podczas zbiorowej wystawy „Crimestory", otwartej wiosną tego roku, pokazywałeś „Fag Fighters”. Projekt zawierał elementy pornografii, a mimo to umieszczono go na środku galerii i niczym nie zasłonięto. Nie stworzono dystansu i nie odnotowano protestów. Czy to nie dziwi w mieście Tadeusza Rydzyka?

- W CSW „Znaki Czasu” w Toruniu nigdy nie spotkałem się z cenzurą. Dużo więcej problemów miałem na przykład w Poznaniu. W 2013 roku byłem kuratorem wystawy „Na użytek własny”, która odbywała się w Centrum Kultury „Zamek" w ramach Biennale Fotografii. Pokazałem tam zdjęcia, które wywołują pożądanie. Poprosiłem kilkadziesiąt osób, by anonimowo udostępniły mi fotografie, które je podniecają. To, co mają w komputerze i ściągają z netu, albo zdjęcia, które zrobili sami. Pokazałem też archiwum Kisiela, karty do gry z pornoobrazkami z lat 70., zdjęcia plakatów, które wieszają sobie maszyniści w kanciapach. Cztery godziny przed otwarciem dyrekcja Zamku zaproponowała mi, żebym dokończył wystawę, ale oni, ze względów prawnych, będą musieli ją ocenzurować. Na wystawę będą mogli wejść jedynie specjaliści, którzy podpiszą specjalną umowę. Alternatywny pomysł był taki, że zakryte zostaną wszystkie genitalia. Gdy to usłyszałem, zapytałem, kto będzie je zasłaniał. Dostałem odpowiedź, że decyzję podejmie radca prawny. Zaproponowali też, żebym nakręcił film o tym, jak Zamek dokonuje cenzury. Nie zgodziłem się na to. W rezultacie na wystawie nic nie zmieniono, ale drzwi do sali zamknięto, posadzono przed nimi osobę pilnującą, która podpisywała ze zwiedzającymi kontrakt. By na nią wejść, trzeba było podpisać specjalną deklarację i wylegitymować się dowodem osobistym lub paszportem. Skrócono też godziny otwarcia, żeby obok tych zamkniętych drzwi nie przeszły dzieci.

No ale przecież decydenci w kulturalnych instytucjach wiedzą, jaki projekt pokażesz. Dlaczego cię zapraszają?

- No to jest właśnie paradoks. Na pewno częściowo zależy im, żeby przyciągnąć media. Teraz na przykład prace „Książę” i „Fag Fighters” pokazywane są na wystawie „Diabły” w Lublinie. Na ekspozycji prezentowany jest też m.in. zespół Antichrist, Michał Witkowski i Janusz Palikot. To, co dla mnie jest wezwaniem do dyskusji, dla innych często staje się zwyczajną obsceną. I na tym się kończy.

A ty się czujesz bezpiecznie w Polsce?

- Nie dostałem co prawda jeszcze w gębę, ale cały czas się tego spodziewam. Czuję się napiętnowany słowami, uśmiechami, komentarzami. Jakiś czas temu wychodząc ze stacji metra, kilkaset metrów od mojego domu, usłyszałem rechot: K***a, jakie buty. Albo: normalny facet nie nosi skarpet w kropki. Męczy mnie ta potoczna, codzienna polska homofobia.



Powrót